W poszukiwaniu polskiego Skype’a

https://unsplash.com
W ostatnich kilku latach na polskim rynku wyrosło kilka firm, które są rozpoznawalne i zdobywają zagraniczne rynki. Nie są to jednak ekspansje na dużą skalę. Ciągle brakuje „polskiego Skype’a” – aplikacji z Polski, którą na swoim iPhonie zainstalowałby przeciętny amerykański John.

Gdzie jest polski unicorn?


W przypadku biznesów B2C, w segmentach z dużym potencjałem, takich jak zamawianie jedzenia, zakupy czy rezerwacja usług, np. zamawianie taksówki czy rezerwacja stolika w restauracji, trwa wyścig kilku-kilkunastu graczy. Więksi przejmują mniejszych. O podium na takich rynkach mogą powalczyć tylko te podmioty, które rosną rok do roku kilkunastokrotnie.

W ubiegłym miesiącu pisałem o wycenach polskich startupów i niskim poziomie wzrostu przychodów.

Jak stać się spółką o wartości ponad 1 mld dolarów, czyli polskim unicornem? Jeśli zaczynamy z poziomu wyceny 1 mln dolarów, to trzeba pamiętać, że wycenę 1 mld dolarów możemy zbudować w ciągu pięciu lat, tylko wtedy, gdy będziemy zwiększać wartość firmy czterokrotnie, rok w rok.

Tymczasem, jak wynika z raportu „Polskie Startupy”, rodzime firmy rosną zbyt wolno – 80 proc. polskich startupów rośnie wolniej niż o 100 proc. rok do roku. Mam nadzieję, że ten niski poziom wzrostu wynika z tego, że startupy są jeszcze na płaskiej części „kija hokejowego” i potrzebują zastrzyku gotówki, większej motywacji i know-how, żeby zwiększyć kąt krzywej przychodów na wykresie.

Kilka potencjalnych unicornów z Polski daje się zauważyć. Są firmy, które coraz śmielej podbijają nie tylko USA, ale i dalekie azjatyckie rynki. Bardzo cieszą mnie newsy o dużych finansowaniach Base czy kilkudziesięcioprocentowym wzroście miesiąc do miesiąca Growbots. Takich przykładów na szczęście jest coraz więcej, ale ich udział w całej polskiej scenie stratupowej jest nieduży.

Ciężko jednak znaleźć dobre polskie aplikacje czy strony, które nie są adresowane do biznesu. Z produktów dla „Kowalskich” w tym momencie właściwie tylko Brainly (wcześniej Zadane.pl) pokazuje znaczącą trakcję i może pochwalić się milionami użytkowników. Coraz śmielej poczyna sobie też aplikacja Booksy, przez którą Amerykanie rezerwują już jedną wizytę na minutę. Takim inicjatywom kibicuję i czekam, aż każde amerykańskie dziecko zacznie rozwiązywanie zadania domowego sięgając po Brainly, a jego mama, skorzysta z Booksy, żeby umówić się do fryzjera.

Po co ten startup?

Aby zbudować prężną firmę, trzeba wiedzieć, po co tworzy się startup. Mam wrażenie, że deklaracja „robię startupy” jest teraz powodem do lansu i poczucia wyższości nad osobami z korporacji. Nadpodaż środków na etapie seedowym, w tym głownie środków publicznych, doprowadziła do powstania całej masy spółek, portali, projektów, które z założenia nie miałyby szansy się obronić. Znaczna część z nich przetrwała i odnosi sukcesy (np. rosnąc 50 proc. rocznie). Moim zdaniem są to sukcesy pozorne. Każdy założyciel, który nie podwoił swoich przychodów w ciągu ostatniego roku, powinien sobie zadać kilka pytań: po co robię startup, dlaczego nie rosnę, jak dużo czasu daję sobie na weryfikację czy mogę ten biznes rozkręcić?

Tworzenie startupu to ciężka i stresująca praca. Osoby robiące startupy w Stanach czy Berlinie maja w głowie podbicie świata i zbudowanie wielomilionowej wartości. W Polsce często aspiracją jest zbudowanie firmy, która pozwoli nam wypłacać sobie przyzwoitą pensję. Jeśli, chcąc budować startup, myślisz w ten sposób, lepiej rozważ pracę w korporacji. Efekt końcowy będzie ten sam, a ryzyko i stres dużo mniejsze.

Jeśli jednak wierzysz w swój pomysł, daj mu szansę. Po złapaniu trakcji, rozpocznij wyścig z czasem. To czas jest jednym z głównych KPI’ów w świecie startupów i nowych technologii. Wiele osób ma podobny pomysł do twojego. A nawet jeśli twój pomysł jest rzeczywiście oryginalny i nikt wcześniej nic podobnego nie wymyślił, to i tak skopiowanie go zajmie maksymalnie pół roku.

Dlatego tak prawdziwa jest maksyma „Go Big or Die Trying”.
Trwa ładowanie komentarzy...